19.1.18

[Recenzja Przedpremierowa] 66. "Kredziarz" C. J. Tudor - Musicie to przeczytać!



Aż drżę z podniecenia, wprost nie mogąc się doczekać, aż podzielę się z wami swoimi przemyśleniami na temat książki, która za granicą zbiera same pochwały, a swoją premierę w Polsce będzie mieć 28 lutego. Dzięki akcji Wydawnictwa Czarna Owca, udało mi się ją zdobyć prawie dwa miesiące przed premierą i jak tylko dostałam ją w swoje lepkie łapki, to przyssałam się do niej, chcąc jak najszybciej ją przeczytać. Czy spełniła moje oczekiwania? Czy jest tak dobra, jak mówiono? Czy jest w ogóle warta waszego czasu i pieniędzy? 

3 razy tak. 

A niżej dowiecie się dlaczego.

Już nigdy nie zetrę kredy z dłoni.


W mrocznych zakamarkach ludzkiego umysłu kryją się najbardziej fascynujące koszmary i tajemnice.

Rok 1986. Eddie i jego przyjaciele dorastają w sennym angielskim miasteczku. Spędzają czas, jeżdżąc na rowerach i szukając wrażeń. Porozumiewają się kodem: rysowanymi kredą ludzikami. Pewnego dnia jeden tajemniczy znak prowadzi ich do ludzkich zwłok. Od tej chwili wszystko zmienia się w ich życiu.

Trzydzieści lat później Eddie i jego przyjaciele dostają listy z wiadomością napisaną tajemniczym kodem z dawnych lat. Uważają, że to żart do momentu, gdy jeden z nich nie ginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Do Eddiego dociera, że jedyną drogą do ocalenia siebie przed podobnym losem jest próba zrozumienia, co tak naprawdę stało się przed laty.
Kredziarz to najlepszy rodzaj suspense’u, w którym teraźniejszość doskonale współgra z reminiscencją, każda postać jest wyraźnie zarysowana i interesująca, żadna z zagadek nie pozostawia w czytelniku niedosytu, a zwroty akcji zaskoczą nawet najbardziej doświadczonego czytelnika. 

Jak tylko usłyszałam o tej książce, to wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać. Chciałam dowiedzieć się, co sprawiło, że jest o niej tak głośno. Co sprawiło, że poruszyła tak wiele osób i została hitem. Rzadko się zdarza, żeby debiut autora (autorką jest kobieta), był tak dobry, debiutantom bardzo ciężko jest się wybić spośród tysięcy. Ciężko jest też trafić, jeśli chodzi o swoją niszę. Ciężko jest teraz wymyślić coś, czego jeszcze nie było i sprawić, że czytelnik będzie chciał poznać kolejne twoje powieści. I dlatego też, jak pisała wcześniej, jak tylko wyciągnęłam "Kredziarza" z koperty, to pobiegłam do pokoju, wskoczyłam pod kołdrę i zaczęła czytać. 

Nie od razu zapałałam miłością do tej powieści. Wciągnęła mnie już od pierwszych słów, to prawda, ale było w niej coś odpychającego. Przeczuwam, że to jedynie moja własna wyobraźnia. Rzadko czytam takie książki i dlatego czułam się na początku trochę niekomfortowo. Krew, morderstwa, dosyć podejrzane dzieciaki, dziwne sny głównego bohatera wprawiały mnie w lekkie skonfundowanie. Ale nie trwało to długo, z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębiałam się w fabułę i nie mogłam się doczekać zakończenia i rozwiązania wszystkich tajemnic. Obserwowałam niezbyt rozgarnięte dzieciaki, później dorosłych, którzy wbrew pozorom wcale się nie zmienili, później znów dzieciaki i tak na zmianę. 

Autorka opisuje wydarzenia sprzed 30 lat i czasy obecne, na zmianę, po jednym rozdziale. Często zdarzało się, że gdy kończyłam rozdział z roku 1986 i miałam ogromną ochotę ominąć rozdział 2016 i dowiedzieć się co było dalej w 86. Ale nie omijałam i taką samą sytuację miałam z rozdziałem 30 lat później. A to idealnie świadczy o tym, że nic tutaj nie jest przypadkowe, wszystko jest ze sobą perfekcyjnie połączone. C. J nie skupiła się wyłącznie na samym głównym wątku. Pokazała również relacje chłopców i "normalne" codzienne dni z ich życia, dzięki czemu są o wiele bardziej realni, o wiele bardziej prawdziwi, można ich dotknąć, poznać ich charaktery, uczucia, zrozumieć co nimi kierowało w danych momentach. Jest to naprawdę ogromnym plusem, bo dzięki temu mamy wrażenie, że to wszystko jest zapisem realnych wydarzeń! Uwielbiam takie książki, w których w pewnym momencie czytelnik już sam nie wie, czy to tylko fikcja, czy zapis prawdziwych zdarzeń. I też takie, w których nie wie, w co ma wierzyć i kto tak naprawdę zawinił.

C. J jest subtelna. W jej książce krew nie leje się strumieniami, a czytelnik nie trzęsie się ze strachu przez cały czas. Wszystko jest delikatne subtelne, przychodzi z niezwykłą łatwością i prostotą. Każdy element jest przemyślany i choć na początku może się wydawać, że został tam wrzucony jako zapychacz, to jest wręcz przeciwnie. Jednak, nie myślcie sobie, że "Kredziarz" jest nudny. Nic bardziej mylnego. Akcja nie pędzi, ale również się nie ślimaczy. Jej prędkość moim zdaniem jest idealna, a stopniowanie napięcia bardzo dobrze przemyślane. Nawet przez chwilę nie miałam wrażenia, że coś tu jest nie tak. I do tego, moja czujność została uśpiona, tak bardzo się zaczytałam, że pominęłam wiele istotnych faktów (które później nadrobiłam) i miałam ogromną frajdę, gdy w końcu połączyłam prolog i ostatni rozdział. I dopiero wtedy całe napięcie wybuchło, a mi zrobiło się niedobrze.


Wiem, że brzmi to źle. Ale to jest ogromny komplement, uwierzcie mi. Nawet tylko dla tego jednego uczucia było warto przeczytać tę książkę. Ale plusów jest o wiele więcej, nie tylko zakończenie. Mogłabym pisać o nich godzinami, bo "Kredziarzem" jestem bezgranicznie zachwycona i już mam w planach ponowne przeczytanie go za jakiś czas, by wyłapać wszystko co mogłam pominąć za pierwszym razem. A jako, że czyta się niesamowicie szybko i naprawdę ciężko się oderwać, to nie żal mi czasu. Bardzo rzadko czytam książki więcej niż raz. A tutaj po prostu muszę zrobić wyjątek. Cieszę się, że to cudo zdobi moją półkę, nie dosyć że treść jest po prostu perfekcyjna, boska, świetna itd, to do tego jeszcze ta świetna okładka i grzbiet w którym się po prostu zakochałam. Póki co, uznaję tę książkę za najpiękniejszą wśród wszystkich które mam. I jak na razie, jest to najlepsza książka w tym roku. I coś czuję, że jeszcze długo tak pozostanie.

No cóż, mogę podsumować to jedynie tak. Dzieci również mają swoje sekrety. I to takie, które nawet dorosłej osobie mogą zmrozić krew w żyłach, tak jak sekret Eddiego zmroził moją. Ta książka pozostawiła mnie z dziwnym uczuciem niepokoju i ogromnym zadowoleniem. Nie podejrzewałam o to chłopca, chociaż autorka nie skąpiła wskazówek. To, co odkryłam na końcu powieści, nawet przez sekundę nie przyszło mi wcześniej do głowy. Byłam zniesmaczona, czułam się naprawdę dziwnie. Nie miałam pojęcia co myśleć i gapiłam się tylko na białe kredowe ludziki na grzbiecie i zastanawiałam się nad wieloma nierozwiązanymi sprawami (niby zostały rozwiązane, ale jeśli spojrzeć na to wszystko już po skończeniu powieści, to nagle to spojrzenie jest inne). Wszystko się wyjaśniło, jednak największa tajemnica. No cóż, chyba wolałabym tego nie wiedzieć. Jak przeczytacie to zrozumiecie. Ostatnie kilka stron całkowici to zmieniło, zaczęłam postrzegać ją w ogóle inny sposób i nie ukrywam, przeraziłam się. W jednej chwili brakło mi tchu, a kredowe ludziki rozpoczęły pełen radości taniec.


Ta książka jest po prostu genialna. Pozostawia po sobie ślad kredy, który za cholerę nie chce zejść. Jest w niej coś takiego, co po prostu nie pozwala szybko o niej zapomnieć. Styl autorki jest naprawdę dobry, w szczególności jak na to, że jest to debiut! Przeczytałam trochę debiutów w swoim życiu i żaden nie był tak dobry, jak "Kredziarz". Pomysł na fabułę jest prosty, ale jednocześnie wyjątkowy. Nie brakuje akcji, mroku, tajemnicy. I nawet jeśli chciałabym przytoczyć wam jakieś wady, to po prostu ich nie widzę. No może oprócz momentami zbyt długi opisów, jednak mi to kompletnie nie przeszkadzało. Konieczne musicie zrobić miejsce dla "Kredziarza" na waszej półce. Dajcie mi później znać jak się wam podobało. Ja jestem zachwycona, co pisałam już chyba ze 4 razy.

Jeżeli szukacie czegoś niekonwencjonalnego, co ma w sobie to "coś", to "Kredziarz" będzie doskonałym wyborem. Łatwo o nim nie zapomnicie ;) Zapomniałam jeszcze dodać, że na początku, książka ta bardzo przypominała mi "To" Stephena Kinga, ale to tylko na początku. Później to wrażenie znikło. Obie książki można do siebie porównać, ale nie powinno się tego robić, bo obie są naprawdę dobre.

Perła wśród kryminałów. Nic dodać, nic ująć.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca, za możliwość przeczytania tej powieści.

Pozdrawiam was kochanie serdecznie i życzę wspaniałego dnia!
Marlena Marszałek

17.1.18

[Recenzja przedpremierowa] Recenzja 65. "Czerwony Parasol" Wiktor Mrok



Dawno mnie tutaj nie było, za co naprawdę bardzo was przepraszam! Zima zawsze tak na mnie działa, mam ochotę jedynie zaszyć się w łóżku i wygrzewać pod ciepłą kołderką, oglądając jakiś serial, np. ostatnio moją uwagę pochłania "Gra o Tron". Miały być blogmasy aż do świąt, a było ich zaledwie 6. Obiecuję, za rok lepiej się do tego przygotuję. Jednak, nie myślcie sobie, że podczas ten przydługiej przerwy, oglądałam jedynie seriale. Od tego czasu udało mi się przeczytać 5 książek, a o jednej z nich mam zaszczyt opowiedzieć wam w tym właśnie poście. Niestety, nastawiałam się na bardzo optymistyczną i pełną pochwał opinię. Jednak nie będzie tak kolorowo. 

Naprawdę rzadko zdarza się, żebym krytykowała jakąś książkę. Mam to szczęście do książek, że jakimś cudem zawsze trafiam na coś niesamowitego. Albo po prostu mój gust nie jest szczególnie wysmakowany, co może być bardzo prawdopodobne. Jednak i mnie czasem zdarza się "zhejcić" książkę. Książka, o której wam dziś opowiem swoją premierę ma 19 stycznia i zapowiadała się naprawdę interesująco. I taka była, jednak pozostawiła po sobie ogromny niedosyt i uczucie, że coś tu poszło nie tak. Jednak, zacznijmy od początku.
Mam naprawdę ogromny problem, by dostatecznie opisać swoje myśli na temat tej książki. Pragnę jak najlepiej opisać wam, jak się czułam czytając ją, opowiedzieć ciutkę więcej o fabule, rozwinąć jakiś sensowny monolog. Nie potrafię ich ubrać w słowa, nie przez przerwę, a przez to, że nie mam doświadczenia w pisaniu opinii o książkach zawierających taką tematykę. Postaram się jednak jak najlepiej ją wam przybliżyć, choć coś czuję, że nie będzie to łatwe.

Zimowa Moskwa. Siedemnastoletnia Tatiana, wracając z treningu gimnastyki, nie wie jeszcze, że jej życie za chwilę zmieni się nieodwracalnie. Kiedy w swoim domu, w zamożnej dzielnicy miasta, znajduje brutalnie zamordowanych rodziców i siostrę, nie pozwala sobie na rozpacz. Działa instynktownie, wiedziona twardym sportowym charakterem. Zabezpieczona przez ojca, odkrywa w domowej skrytce tajemnicze ampułki i pendrive’a. Los nie dał jej wyboru − musi dorosnąć, musi podejmować decyzje, od których zależy jej życie i dużo, dużo więcej. Czy wykaże się bezwzględnością? Czy będzie potrafiła zabić z zimną krwią? Liczy się wykonanie zadania.

Czerwony Parasol to oparta na faktach historia, wyciągnięta z tajnych akt służb specjalnych. Od początku do końca trzyma czytelnika w niesłabnącym napięciu, zaskakując nagłymi zwrotami akcji. Wyraźne wątki polityczno-historyczne stanowią mocne tło szpiegowskiej, kryminalnej akcji, która toczy się w różnych krajach i na różnych kontynentach. Książka odsłania tajne metody działania służb specjalnych, zachowując jednocześnie lekkość przekazu i barwny, często dowcipny styl. Powierzając młodej dziewczynie rolę głównej postaci, autor w odważny sposób przełamuje stereotyp bohatera powieści sensacyjnej, dbając przy tym o zachowanie konwencji gatunku.


Ostatnio staję się coraz większą fanką takich książek. Ślinię się na ich widok, nie mogąc doczekać się pędzącej akcji, która wyciśnie ze mnie ostatnie poty, sprawi że dosłownie będę aż drżeć z emocji. I choć zwykle moje oczekiwania nie są wysokie, to tutaj, po historii wyjętej prosto z akt służb specjalnych, oczekiwałam czegoś co powoli mnie na kolana. Pewnie po moim niezbyt optymistycznym wstępie, sądzicie, że książka moich zachcianek nie spełniła. No i po części macie rację. Gdyby nie pewien mankament, to spokojnie dałabym tej książce ocenę 9/10 i uplasowałaby się dosyć wysoko na liście książek przeczytanych w tym roku. Więc, spytacie, skoro książka cię zadowoliła, to skąd takie myśli o niej? Tego dowiecie się za chwilkę. 

Jako, że nie jestem znawcą takich książek, to będę jak zawsze, kierować się jedynie moim odczuciami. Zawsze jestem z wami szczera, może nie aż do bólu, bo uważam, że to jest całkowicie nie potrzebne. Jednak, mniejsza z tym. Nie będę wam bardziej przybliżać fabuły, bo sądzę że opis doskonale ją oddaje. A jeżeli chcecie wiedzieć, jak to wszystko się zakończy, to nie pozostaje wam nic innego, jak tylko przeczytać tę recenzję i lecieć do księgarni. Bo w gruncie rzeczy, sądzę że warto. Książka ma naprawdę wiele plusów, dla których warto się z nią zapoznać. Jednak, są też minusy. A raczej jeden, bardzo mocno bijący po oczach minus, który bardzo stłamsił potencjał tej powieści. Wydusił z niej to, co na początku było jej ogromnym atutem. A chodzi mi tutaj o wątek miłosny, który mam wrażenie został tutaj wepchnięty na siłę, tylko po to by zadowolić również czytelniczki, które w powieściach tego typu aż tak bardzo się nie lubują. 

Nie ukrywam, że naprawdę mocno mnie to raziło po oczach. To nie tak, że jest on tutaj niepotrzebny, gdy nie on bohaterka stałaby się albo bezwzględną, pełno okrucieństwa i chęci zemsty, dziewczyną ze złamanym sercem, albo po prostu umarłaby kilka dni po utracie rodziny. Nie mam nic, do tej części miłosnego wątku, bo akurat ona ma sens i nie jest tutaj wstawiona od tak. Jednak, boli mnie to, że na opis przytulanek, miłostek, całowania, seksu itd. autor przeznaczył tak ogromną ilość stron. To sprawiło, że klimat kompletnie opadł, sflaczał jak przebity balon. Za słodko, za tęczowo. To jest naprawdę ogromny kontrast z pierwszym stronami powieści, który wypala oczy. Wiem, mogę brzmieć teraz jak przeciwnik wszystkiego, co związane jest z miłością. Nie oznacza to jednak, że wątek ten był jakoś szczególnie odpychający, jedynie uważam, że autor za bardzo skupił się na nim, zamiast na głównym wątku. 

Podobała mi się relacja Tatiany z Igorem, jednak kompletnie nie pasowała mi do tej powieści. Takie jest moje zdanie ;) Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy się z wyżej wspomnianą. Powieść miała naprawdę ogromny potencjał, jednak przez to, jak wiele z akcji zabrał wątek miłosny, zakończenie kompletnie mnie nie usatysfakcjonowało. Nastąpiło za szybko (co z tego, że powieść ma prawie 600 stron) i jakoś tak od czapy. Czułam się naprawdę dziwnie jak do niego dotarłam. To wszystko skończyło się jakoś za prosto, brakowało mi potężnej dawki skumulowanych wcześniej emocji. A no tak, przecież balonik został przebity... Oczekiwałam, że dowiem się o co dokładnie chodziło, oczekiwałam, że wszystko zostanie wyjaśnione. Nie zostało. Jednak to już minusem nie jest, a raczej ogromnym plusem. Koniec marudzenia, nie od tego tu jestem. Mimo tych dwóch minusów, książka miała też wiele plusów, ale opowiem wam tylko o kilku, resztę odkryjcie sami. 

Ogółem pomysł na powieść jest naprawdę dobry i naprawdę niewiele brakło, by była ona naprawdę doskonała. Mogłoby się wydawać, że ustanowienie główną bohaterką, 17-letniej dziewczyny, może być naprawdę złym pomysłem, ale nic z tych rzeczy. Tatiana ma charakterek, który nie raz zaskakuje. I to zawsze na plus. Nie da się przewidzieć jej reakcji, zawsze robi coś całkowicie przeciwnego. Jest stanowcza, mocna i bardzo szybko zapada w pamięć. To bohaterka, jakiej po tak młodej dziewczynie, kompletnie bym się nie spodziewała. Może to przez rosyjską krew? Kto wie ;) Powieść bardzo szybko przyciąga uwagę czytelnika opisem i okładką, która naprawdę ma w sobie coś wyjątkowego. Całość czyta się naprawdę szybko, nie tylko dzięki dużej czcionce, ale również dzięki stylowi autora, który co prawda jest specyficzny, ale jednocześnie intrygujący. Ja jak czytałam, to wiele razy się uśmiałam lub uśmiechałam się jak głupia. Całość mimo ponurej z pozoru atmosfery, jest napisana lekkim barwnym stylem, dzięki czemu, mimo że wydaję się, że książka będzie ciężka, to jest wręcz przeciwnie! Ją się dosłownie pochłania i chce się więcej!

Wiktor Mrok doskonale wie co robi, powoli buduje napięcie, by nagle wypalić z czymś czego się kompletnie nie spodziewaliśmy. Mamy tutaj niezwykłą, jak dla zwykłego człowieka, akcję, niesamowite gadżety, szpiegów. Do samego końca nie wiemy czy komukolwiek możemy zaufać. Na szczęście główna bohaterka ufa jedynie sobie, gdyby nie to, to ta biedna dziewczyna dawno by już zginęła. Widać, że autor włożył w powieść naprawdę dużo serca. Nie można mu również odmówić talentu, bo już od pierwszych stron widać, że ma go naprawdę wiele. Po prostu nie potrafi go jeszcze w pełni wykorzystać. Troszkę pracy i będzie idealnie. W szczególności, że jest to jego, jeśli się nie mylę, pierwsza książka. Naprawdę polubiłam jego styl pisania i nie mogę się doczekać kolejnych powieści! Coś czuję, że autor kryje w sobie ogromny potencjał i że jeszcze nie raz nas zaskoczy.  

"Czerwony Parasol" nie jest powieścią idealną, jednak nie można również powiedzieć, że jest zła. Potrafi trzymać w napięciu i zaskoczyć czytelnika. Jest to pozycja idealna na długie "zimowe" wieczory, którą pochłoniecie, jeśli dobrze pójdzie, w ciągu dwóch takich posiedzeń. Sądzę, że mogę z czystym sumieniem ją wam polecić, jednak radzę nie podchodzić do niej z aż tak dużymi wymaganiami jak ja. Jeżeli szukacie lekkiego dreszczyku, tajemnicy, odrobiny szpiegostwa i zaskakujących rozwiązań, to ta książka jest właśnie dla was. Jeżeli lubicie takie powieści, to koniecznie musicie ją przeczytać. 

Premiera już 19 stycznia! 

To by było na tyle, całuję i ściskam, naprawdę bardzo za wami tęskniłam <3
Marlena 

6.12.17

Blogmas 6 - Mikołajkowy Book Tag!



Do świąt jeszcze 18 dni, a ja stwierdziłam, że skoro dziś mikołajki, to wykonam Mikołajkowy Book Tag, do którego wykonania serdecznie was zapraszam! Dziś bez piosenki, bo to drugi post dziś, nie chcę przesadzać ;) Odpowiedzi są krótkie, więc się nie zmęczycie czytaniem. Więc jeśli przybyliście tutaj po przeczytaniu pierwszego posta, to nie obawiajcie się, będzie krótko i mam nadzieję, że śmiesznie i ciekawie. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam <3 Ps. Zrobiłam jakieś zdjęcia, ale nie powalają, wybaczcie. Mam straszne światło w pokoju.




Prezenty wywołują uśmiech na twarzy. Jaka książka wywołała uśmiech na twojej?
"Dwór skrzydeł i zguby" Sarah J. Maas. Jak otworzyłam paczuchę i ujrzałam co jest w środku, to dosłownie piszczałam ze szczęścia i byłam tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd. Co prawda, gdy zaczęła czytać, to ten uśmiech zniknął. To co Maas robi z czytelnikami powinno podchodzić pod jakiś paragraf. Czy łamanie serca nie jest przypadkiem karalne? A jeśli nie, to dlaczego nie? Mniejsza z tym, ta książka, dzięki zakończeniu, wywołuje mój uśmiech do tej pory, a przeczytałam ją już jakiś czas temu. Jest to numer jeden tego roku, nie mogę się doczekać nowelek! 



Jaka jest twoja ulubiona książka z białą okładką?

Bardzo mało czytam książek z białymi okładkami, nic na to nie poradzę. I przez to, wybór mam naprawdę niewielki. Ale jeśli już mam coś wybrać, to najmilej wspominam "Lirogon" Cecelii Ahern. Jest to naprawdę niesamowita książka i sądzę, że powinno być o niej głośniej. Czytało mi się ją bardzo przyjemnie i bardzo mną poruszyła. I do tej pory nie mogę jej zapomnieć.




Siedzisz pod kocem w wygodnym fotelu, z kubkiem gorącej czekolady i czytasz książkowego potwora. Książka lub seria która objętościowo cię pokonała.

Była taka jedna, nawet nie wiem ile miała tomów. Nie raziło mnie to, cieszyłam się, że aż tyle ich jest, bo naprawdę podobała mi się historia. Chyba jest 16 tomów. A mówię o niczym innym, jak o "Pretty Little Liars" Sary Shepard. Pomysł genialny, wciągająca, elektryzująca. Dosłownie nie mogłam się oderwać! I koniec, tom 10, dotarłam do połowy, oddałam do biblioteki i zapomniałam. Jakoś przestało mi zależeć, a historia przestała mnie tak ciągnąć. I jak tak teraz o tym myślę, to czuję odrobinkę żal, że nie dokończyłam tej serii, bo naprawdę mi się bardzo podobała. Z drugiej strony, co za dużo, to nie zdrowo, nie sądzicie? Może po prostu mi się przejadło? 



Za oknem zaczął padać śnieg, więc postanowiłaś walczyć na śnieżki! Z jaką fikcyjną postacią chciałabyś walczyć na śnieżki? 

Z Deadpoolem. Uwielbiam tego człowieka, ma tyle wad, że aż jest perfekcyjny! Walka na śnieżki byłaby spełnieniem moich marzeń. Serio. To. Byłoby. Epickie. Nie mam nic więcej do dodania ^^ Idę poszukać tego durnego awokado ;) 



Twoje jedyne źródło ciepła, czyli ogień w kominku, zaczyna gasnąć. Potrzebujesz się rozgrzać. Jaką książkę bez żalu rzuciłabyś w ogień? 

Każdą z lektur. No dobrze, może nie każdą, bo niektóre mi się naprawdę bardzo podobały, np. "Quo Vadis", "Ten obcy", "Szatan z ósmej klasy". Kochałam je. Teraz, gdy jestem w technikum, lektury które mamy to jakaś porażka. Przy "Lalce" płakałam z nudów, przy "Zbrodni i karze", to samo. Te książki są takie... Bez polotu, nudne, tępawe. Także, już wiem czym się ogrzeję, w razie gdyby zepsuło się nam w domu ogrzewanie. A to, że te książki są z biblioteki, no cóż, mówi się trudno. Cel uświęca środki :3



Książka, tak bliska twojemu sercu, że mogłabyś podarować ją komuś jako prezent na Mikołajki.
Ostatnio w moje łapki wpadły dwie cudowne książki i nie wiem, którą z nich wybrać, więc wybiorę, uwaga, obie ;) "Terapię" Kathryn Perez i "Listy do utraconej" Brigid Kemmerer. Obie były po prostu przecudowne i na pewno jeszcze do nich wrócę. Niesamowicie mi się podobały i nie mogę o nich zapomnieć. "Listy" przeczytałam w jeden dzień, dosłownie! Zaczęłam rano, skończyłam wieczorem. Tak mnie wciągnęła, że nie mogłam się oderwać. I nawet nie próbowałam szczerze mówiąc ;) Recenzję pewnie dodam jutro, więc tam napiszę coś więcej na jej temat. A "Terapia" to terapia dla duszy i serca. Bolesna, piękna ale prawdziwa.


I to by było na tyle ;) Mam nadzieję, że również wykonacie ten tag! Jeszcze tylko cytat (kurcze, polubiłam to):

"Piękno jest jednocześnie kształtem czegoś i czegoś zasłoną, drogą i zbłądzeniem z tej drogi."
Henryk Elzenberg

Widzimy się jutro! Całuski, Marlena ;*

Blogmas 5 - Książki, gadżety, albumy, które chcę mieć


Jeszcze tylko 19 dni do świąt! Widzicie? (Nie, nie pomyliłam się, dziś będą dwa posty!). Mówiłam, że ten czas szybko leci ;) Dziś zrobię swojego rodzaju wishlistę, taki jakby list do Świętego Mikołaja. Coś lekkiego się przyda, prawda? Uwielbiam tworzyć tego typu posty (eeee, to jest pierwszy, no tak w sumie to drugi tego typu post, więc co ty w ogóle gadasz Marleno?). Do tego, za tym postem bardzo przemawia to, że mogę tutaj nie być tak poważna jak w recenzjach i w końcu artystycznie (co?) się wyżyć! Także, bez zbędnego gadania przejdźmy do książek i gadżetów, które od dawna mi się marzą, ale ich kupno cały czas odkładam, żeby nie zbankrutować. Będą tutaj figurki, poduszki, wszelkiego rodzaju zakładki i wszystko co podpada pod książkowe gadżety + dorzucę też kilka albumu k-popowych, bo dlaczego nie? 

Dobra, koniec tego gadania, to miał być krótki post a sam wstęp zajmuje już stanowczo zbyt dużo. 

Więc, zanim zaczniemy, najpierw uruchomcie tę piosenkę, tak dla klimaciku:



1. Książki. 
A o czym innym książkoholik mógłby najbardziej marzyć? No oczywiście, że o książkach! Ich lista jest zbyt długa, bym mogła wam tutaj wszystko podać, coś czuję że, albo umarlibyście z nudów, albo tak  byście się zmęczyli czytaniem, że zasnęlibyście w ciągu pierwszych kilku minut. Stwierdziłam więc, że podam tylko te, które są najbliższe mojemu sercu i na myśl o nich, czuję przemożoną tęsknotę. Ehh... 

Jako, że ostatnio zaczęłam oglądać "Grę o Tron" i jestem w niej po prostu zakochana bez pamięci, to jak zobaczyłam, że istnieje ilustrowane wydanie pierwszego tomu, to po prostu wiedziałam, że muszę je mieć. I musiało się ono znaleźć w tym poście, jakżebym mogła o nim nie wspomnieć? Ciekawi mnie strasznie jak wygląda w środku i czy spodoba mi się styl pisania pana George. Raz spróbowałam, ale jakoś nie czułam takiej przemożonej chęci przeczytania tej książki, więc odłożyłam. A potem jakoś tak zapomniałam i trzeba było oddać do biblioteki. Eh, może sobie jeszcze raz pożyczę? I spróbuję się z tym zmierzyć? Sama już nie wiem.

Zresztą, możliwość kupna tego wydania, bardzo ucieszyłaby moją biedną duszyczkę. Czyż ono nie jest cudowne? Nie ważna cena! Ja po prostu muszę je mieć ;_;

Dalej mamy to nowe, przepiękne wydanie "Darów Anioła", jak je zobaczyłam, to dosłownie szczęka opadła mi na ziemię (no dobra, prawie!). Oglądałam serial i niesamowicie mi się podobał, więc postanowiłam sobie, że zapoznam się z książkami (kiedyś próbowałam z pierwszym tomem, ale dotarłam do połowy i skapitulowałam), jednak te wydania które w tamtym czasie były dostępne u nas, nie podobały mi się. I nagle bum. Pojawiło się u nas to cudo i wylądowało na mojej liście :3

Do tego:
-"Cinder" Marissa Meyer wyd. Papierowy Księżyc
-Ilustrowany Harry Potter
-Seria "Uroczysko" Colin Meloy
- i wiele wiele więcej :P


2. Figurki.
Jestem pewna, że na pewno wiele z was zna i pragnie figurki Funko Pop. Jest ich tak wiele, że serce dosłownie pęka, gdy już przyjdzie nam do wyboru jednej, czy dwóch. Obecnie mam tylko jedną i jest to Deadpool, niestety gdy go kupowałam kompletnie tego nie przemyślałam i wzięłam wersję bubblehead. Gdybyście wiedzieli, jak bardzo tego żałuję. Przyszedł kuzyn, pobawił się nim i... Ech, szkoda gadać. 50 zł wydane w błoto. Jednak nie sprawiło to, że przestałam pałać miłością do popów. A wręcz przeciwnie! Z każdym dniem ich liczba rośnie, a ja łapię się za głowę, praktycznie płacząc z bólu, bo nie wiem którą wybrać. A na wszystkie pozwolić sobie nie mogę, może kiedyś :)

Żeby ten post nie był zbyt długi, to dodam kilka grafik z wymarzonymi popami i krótko opiszę dlaczego akurat te. Nie zapomnijcie dać mi znać, czy wy lubicie te figurki, czy macie jakieś i jeśli tak to jakie! Z chęcią o tym poczytam. 

Zacznę od figurek związanych z anime. Mamy tutaj postacie z dwóch anime, "One Piece" i "One punch man", oba są moimi ulubionymi! I oba wam z całego serducha polecam, w szczególności "One punch mana" bo jest krótkie, śmieszne i po prostu jedyne w swoim rodzaju! "One Piece" również jest przegenialne, ale ilość odcinków sprawia, że trzeba  być naprawdę ogromnym fanem, by gdzieś w połowie go nie odłożyć ;) Ja jakoś daję radę. 


Patrząc od lewej strony ekranu mamy po kolei:
1. Luffy (OP)
2. Chooper (OP) 
3. Ace (OP)
4. Saitama (OPM)
5. Trafalgar Law (OP)
6. Genos (OPM)

Uwielbiam każdą z tych postaci, ale najbardziej chyba Luffy'ego i Saitamę. Są genialni, a ich figurki są przecudowne! 



Dalej mamy istny misz-masz. Marvel, Disney, Warner Bros. Jednak, wypowiem się tylko o Marvelu, którego wprost uwielbiam! Z każdym kolejnym filmem, moja sympatia do niego jeszcze bardziej rośnie, aż dziwię się, że to jeszcze możliwe. Wprost nie mogę doczekać się kolejnych filmów, a gdy już je oglądam, to z otwartymi ustami i z ogromnym uśmiechem na twarzy. Tak obejrzałam najnowszego "Logana" (;_; buuuuuu), czy "Spiderman: Homecoming", którego recenzję pewnie zobaczycie za tydzień. Jeżeli spytacie, kto jest moją ulubioną postacią, to mój wybór będzie wahał się miedzy tymi czterema (Logan, Tony, Peter i Deadpool) bohaterami. Figurkę Deadpoola (eh), już mam, więc pozostaje mi jeszcze zdobyć pozostałą trójkę. Kocham też Hawkey'a, ale jego figurka mi się nie podoba, więc jej tutaj nie załączyłam. 

Do tego marzy mi się jeszcze Baymax (Wielka Szóstka), Daenerys i Jon Snow (moja przygoda z GoT się dopiero zaczęła, ale już kocham ich całymi serduchem!). 

Z figurek to by było na tyle ;) 

3. Albumy k-popowe.

Może tego nie wiecie, ale jestem ogromną fanką kpopu. Zaczęłam go słuchać dwa lata temu i nie mogę przestać. Myślałam, że mi przejdzie, ale nie, zamiast wydostać się z jego szponów, to ja cofam się w tył, by mocniej mnie objął ten koreański potworek. Tak, wiem że mam dziwne porównania i dziwnie piszę. Ale nie ważne! Na początku albumy kpopowe mnie nie interesowały, moja przyjaciółka kupowała kolejne i kolejne, a ja to obserwowałam i nie reagowałam w żaden sposób.

No i stało się, pół roku zapragnęłam kupić jakiś album. No dobrze, może nie jakiś. Moim ulubionym zespołem jest BigBang i to właśnie ich album MADE chciałabym kupić jako pierwszy. Jednak, tu pojawia się problem, a dlaczego? Chodzi o cenę. Gdybym kupowała w Korei, w sklepie stacjonarnym, to w przeliczeniu na złote, wyszłoby za jeden album do 60 zł. Jednak, jeśli kupuję przez internet, to cena rośnie dwukrotnie. Nie polecam :/ Póki co nie mam żadnego, ale kto wie ;) Może niedługo w końcu będę mieć? Oni są po prostu niesamowici, mają w sobie coś takiego, co sprawiło, że nie mogę o nich zapomnieć. Najgorsze jest to, że idą teraz do wojska (w Korei jest ono obowiązkowe) i wrócą dopiero za dwa lata. Na samą myśl moje serce się kraje. Eh... Nie będę wam opisywała albumów, bo ten post wyjdzie o wiele za długi. Kilka z albumów macie poniżej na grafice :)


Idąc od lewej strony ekranu: Album "Made", album "Alive", album "Remember" i album "BigBang Special Edition" wszystkie od mojego ukochanego zespołu BigBang <3



Day 6 to mój kolejny ukochany zespół <3 Są po prostu cudowni i nie mogę przestać ich słuchać! I do tego jacy przystojni ;) Dziś wydali nową piosenkę, może posłuchacie? ;) Polecam! 


Oczywiście albumów, które by chciała jest o wiele, wiele więcej. BTS, SHINee, Jonghyun, Top x GD, Jay Park, tego jest po prostu za dużo ;) 

4. Gadżety książkowe i nie tylko 

Jestem pewna, że kochacie zakładki! Niemożliwe jest byście ich nie kochali. I nie mówię tu o takich prostych, zwykłych zakładkach, a o np. magnetycznych. 

Marzą mi się zakładki od Tojkoo, wszystkie bez wyjątku! Nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych zakładek i po prostu za każdym razem jak widzę, że ktoś je kupuje i pokazuje na instastories, to aż mnie serduszko boli! Muszę sobie w końcu sprawić kilka, bo zazdrość aż mnie zżera. No zobaczcie jakie cuda! 



I to by było na tyle, wiem że mogłam dodać więcej. Ale dodałam tylko te rzeczy, które naprawdę bardzo, ale to bardzo chcę mieć. A resztę może innym razem? Człowiek ma to do siebie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, jeszcze by się to źle skończyło, gdybym wszystko wypisała ^^ 

A wy? Czego najbardziej chcecie? Może jakieś wyjątkowe wydania książek? Może jakieś niesamowite zakładki? 

Piszcie a ja chętnie poczytam! 

Ja już miałam kończyć, a to przecież jeszcze cytacik na koniec ;) 

"Jeśli boli cię gardło, ciesz się że nie jesteś żyrafą" 
autor nieznany

Bez komentarza. 
Pozdrawiam, Marlena ;)

4.12.17

Blogmas 4 - 64. Recenzja "Terapii" Kathryn Perez


Witam serdecznie w 4 blogmasie. Do świąt pozostało jeszcze tylko 20 dni. Widzicie? Mówiłam, że ten czas szybko leci. A mi naprawdę podoba się pisanie dla was każdego dnia i mam nadzieję, że wytrwam aż do końca. Bardzo mi na tym zależy, bo w końcu pokażę sobie samej, że jeśli się chce, to można. Mam nadzieję, że podoba się wam i zostaniecie ze mną aż do 24 grudnia ( i dłużej) i że się wam nie znudzi.

Na początek piosenka: 

Dziś mam dla was recenzję kolejnej niesamowitej książki, która złamała moje serce stanowczo zbyt wiele razy. W ogóle zauważyłam, że ostatnio bardzo emocjonalnie podchodzę do książek. Pochłaniam je szybko, w ciągu jednego dnia, lub powoli, przez tydzień, czasami nawet dwa, rozkoszując się każdym słowem, każdym uczuciem bohatera, każdą stroną. Kiedyś czytanie było dla mnie jedynie rozrywką. Dziś powoli się to zmienia. Coraz częściej natrafiam na książki, które są dla mnie jak lekarstwo, które są dla mnie odpoczynkiem po stresującym dniu, uspokajają mnie, pomagają usnąć po pełnym emocji dniu, lub też podnoszą mnie na duchu. Wcześniej nie lubiłam takich książek, szukałam jedynie śmiechu, ostrej i szybkiej akcji, żadnych wartości merytorycznych, nic co by mogło zmienić moje myślenie. 

Nie ma co ukrywać, dorastam, niedługo 20 urodziny, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że nie będę już nastolatką. I choć normalnie tego nie zauważam, mój umysł się zmienia. I dlatego, takie książki zaczynają sprawiać mi ogromną przyjemność. Są jak miód na serce, nawet jeśli ich fabuła najpierw rozdziera je na maluteńkie kawałki, a dopiero później zszywa i polewa wyżej wspomnianym miodem. Nic mnie tak nie uspokaja, jak właśnie one. 

I jedną z takich książek, jest "Terapia" Kathryn Perez. Powieść dosyć gruba, z niezwykle piękną okładką, która skradła moje serce, już od pierwszego spojrzenia! A do tego jej środek, wygląd rozdziałów, wiersze, historia, coś niesamowitego! Swoją premierę miała dwa tygodnie temu, a skończyłam ją czytać 3 tygodnie temu. Spytacie, dlaczego tak długo zajęło ci napisanie recenzji? Jeżeli przeczytacie tę recenzję do końca, sądzę że zrozumiecie. 



Czasami trzeba się zgubić, by się odnaleźć…
Jestem samotna. 
Rozbita. 
Żyletką tnę swoje odrętwienie, lecz otwieram w ten sposób jeszcze więcej ran.
Depresja, samookaleczanie, prześladowania… To moja codzienność. 
Faceci, seks… To moja ucieczka. 
Różnica pomiędzy prawdą a kłamstwem rozmywa się, pozostawiając mnie rozdartą, zdezorientowaną i zagubioną. 
A kiedy demony zamieszkujące mój umysł usiłują mnie pokonać, dwaj mężczyźni, których kocham, starają się mnie uratować.
To moja historia o przyjaźni, miłości, cierpieniu i walce z samą sobą.



Mam dziwne wrażenie, że nie ważne jakich słów użyję, jak bardzo rozbuduję tę opinię, czy jakimi epitetami ją okraszę, nie ma nawet procenta szansy, że będę w stanie opisać ją dostatecznie dobrze. Nie jest to książka, której genialność, da się pojąć, jedynie dzięki recenzji, ją trzeba po prostu przeczytać. Jest to jedna z tych książek, których przeczytanie powinno być obowiązkiem, takie książki powinny być w szkole lekturami, bo pokazują bolesną prawdę, którą wszyscy inni ignorują. Jedna z tych książek, które czytelnik zrozumie dopiero wtedy, gdy przeczyta ją w całości, łącznie z podziękowaniami. Nie ma słów, które mogłyby opisać jak czułam się podczas jej czytania. Jednak postaram się jak najlepiej ją wam przybliżyć i sprawić, byście poczuli chęć, by ją przeczytać. Mam nadzieję, że mi się uda. 

Uważam, że bardzo dobrym argumentem jest to, jakiego ogromnego kaca po niej miałam. Zostawiła ona po sobie jakąś taką dziwną pustkę, której żadna książka, przez prawie 2 tygodnie nie mogła wypełnić. Tak naprawdę, ocknęłam się dopiero gdy sięgnęłam po "Murder Park", którego recenzję dodałam 2 grudnia.


Są takie książki, po których przeczytaniu, chcemy ogłosić całemu światu jakie są cudowne, chcemy krzyczeć i za wszelką cenę przekonać inną osobę by ją przeczytała. I są też takie, które czytamy w spokoju, wyciszeni i przeżywamy każdą stronę tak osobiście, że gdy ją skończymy, to mówienie o niej sprawia, że czujemy się, jakbyśmy odkrywali przed kimś własną duszę, jakbyśmy opowiadali swoje dotąd najbardziej prywatne i bolesne sekrety, jakbyśmy wyrywali sobie część serca, część tego bólu, który czaił się do tej pory gdzieś głęboko ukryty. I dlatego też, tak ciężko mi mówić o tej powieści. Z jednej strony chcę ją wam z całego serca polecić, ale z drugiej strony, źle się z tym czuję. 

Książka opowiada o dziewczynie, imieniem Jessica, która jest prześladowana w szkole. Nie ma osoby, która by się nad nią zlitowała, nawet jeśli ktoś się nią przejmuje, to nie pokazuje tego. I wtedy pojawia się on, niesamowicie przystojny i jak się okazuje wrażliwy chłopak Jace. Zaczyna się od przyjaźni, ale szybko przeradza się ona w miłość. Jednak, przepaść między nimi jest zbyt wielka, niemożliwe jest by ją przeskoczyć. Jessica jest nikim. Nie jest warta jego miłości, chociaż bardzo pragnie by było inaczej. Depresja trawi jej ciało i nawet miłość nie jest w stanie jej pokonać. A może jednak? 


"Terapia" bardzo mnie poruszyła i momentami odbierała dech. W chwilach, gdy kopniaki spadały na główną bohaterkę z każdej strony, ja kuliłam się w sobie, czułam się jak maleńkie przerażone dziecko. Tak, nade mną też się znęcano. Może nie za pomocą ciosów, nie fizycznie, ale za to psychicznie. Jestem z natury cicha, mało się odzywam, nie otwieram się na znajomości z nowymi osobami. I niestety, gdy byłam w pierwszej klasie technikum, nie każdy potrafił to zrozumieć. Zaczęło się od szeptów, już tylko one wprawiały mnie w nerwowość. Potem pełne szyderstwa słowa były coraz głośniejsze. Bałam się, tak bardzo się bałam, że zawaliłam przez to rok. I bardzo tego żałuję, że nie byłam silniejsza. I dlatego też, ta książka tak bardzo do mnie trafiła. Pośród bólu, który dosłownie wylewał się ze stron, znalazłam też pewnego rodzaju spokój, w jakiś sposób poczułam nadzieję, że może być lepiej. 

Nigdy wcześniej nie czytałam tak poruszającej książki. Widać, że autorka włożyła w nią całe swoje serce. Nie jest to łatwa opowieść, a łzy nie raz pojawiały mi się w oczach. Nie mogłam znieść tego znęcania się, a ból Jessicy stał się moim bólem. Ta dziewczyna zasługiwała na szczęście bardziej niż ktokolwiek. Niesamowicie podobała mi się jej przemiana, jednak nie będę wam o niej opowiadać, bo to jest coś, co musicie odkryć sami. Co do Jace'a, to na początku go lubiłam, jednak później strasznie mnie irytował. Zachowywał się jak obrażone dziecko, któremu ktoś zabrał klocek. Rozumiałam to, to prawda, ale nie potrafiłam powstrzymać irytacji. 

Najbardziej polubiłam Kingsleya. Cóż to był za mężczyzna, moi drodzy. Gdy czytałam o nim, to wprost błagałam, by i na mojej drodze pojawił się ktoś taki. Był niesamowity i szczerze mówiąc, bez niego powieść wiele by straciła. Cieszę się, że autorka postanowiła go dodać, bo to on pomógł... Kurcze, nie mogę wam tego powiedzieć, ale jeśli przeczytacie, zrozumiecie. I pokochacie go z całego serca, tak jak ja go pokochałam. Miał on w sobie coś takiego, że nie mogę go zapomnieć. Zapomniałam imiona Jessicy i Jace, ale jego wciąż pamiętam. 

Pamiętam, że książkę czytałam dosyć długo, bo chyba z tydzień. I to nie dlatego, że nie się nie podobała. Wprost przeciwnie! Delektowałam się nią, powoli i ze smakiem. Bo choć była trudna, choć wiele razy złamała mi serce, choć jest przepełniona cierpieniem, to jednocześnie jest niesamowicie wciągająca, poruszająca i magiczna. A gdy na końcu rozwiąże się pewna tajemnica, to ciepło które rozleje się w waszych sercach, jest warte tego delektowania się nią. Nawet jeżeli mielibyście czytać ją miesiąc, nie szkodzi! Bardzo podobało mi się w niej to, że autorka pokazała, że każdy ma szansę. I wystarczy, że po prostu zechcemy się zmienić i ruszymy przed siebie a świat stanie przed nami otworem i z uśmiechem na ustach. Nie powinniśmy się załamywać, nawet jeśli w naszym umyśle jawi się choroba psychiczna. Bycie silnym wcale nie jest takie trudne jak nam się wydaje. Wystarczy chcieć i wziąć się do roboty! 

Życie jest krótkie i nie wiemy, co się wydarzy jutro. Nawet jeżeli rzuca nam pod nogi kłody, nawet jeśli nie oszczędza nas, jest okrutne, pełne cierpienia i bólu, to nie wolno się nam poddawać. Weźcie w ręce piłę motorową i potnijcie kłody! Przetnijcie sznury wiążące wasze ręce i nogi, oderwijcie taśmę od ust i zacznijcie mówić. Walczcie z przeciwnościami, a każdy kolejny dzień będzie lepszy, bo szczęście jest jak balonik, który w końcu straci powietrze i spadnie prosto w wasze dłonie. Wystarczy, że znów go napompujecie i będziecie mogli odlecieć. 

Wiem, wiem, bardzo odeszłam od tematu. Tak już mam, nic z tym nie poradzę. Nie będę już nic więcej pisać na temat tej książki. Nawet jeżeli nie udało mi się was do niej zachęcić, nie szkodzi, może komuś innemu się uda. Ja chcę jedynie powiedzieć, że moim zdaniem to najlepsza książka tego roku i zasługuje ona na waszą uwagę bardziej niż każda z wydanych w 2017 r. Jeżeli po nią sięgniecie, to nie pożałujecie. Więc, jeśli szukacie czegoś, to nie jest płytką powieścią, jeśli szukacie głębi, która zwala z nóg, to polecam. Nie zapomnijcie o paczce chusteczek, na pewno się przydadzą. 

Za książkę z całego serca dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe, cieszę się że mogłam poznać tę przepiękną historię! 

Teraz moi drodzy, pozostał nam tylko cytat, tym razem trochę oszukałam system (nie mówicie mojemu bratu) i wybrałam cytat z "Terapii" <3 

"Mówią, że potwory żyją pod naszymi łóżkami.
Mylą się, bo naprawdę potwory żyją w naszych umysłach."

Kathryn Perez – Terapia

Jeżeli czytaliście "Terapię", to koniecznie dajcie znać jak się wam podobała! 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za przeczytanie tej recenzji :) Jutro widzimy się w kolejnej recenzji (a może nie? Może napiszę coś innego?), a tymczasem życzę wam wspaniałego dnia! 
Marlena Marszałek
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.